sobota, 14 marca 2015

Okruchy po uczcie bogów, którzy stołują się na niebie bez umiaru i bez przerwy.

Jak można pisać o drodze powrotnej? Jak powroty mogą być ekscytujące? Gdzie te powroty musiałyby zdążać?
Podróżowanie to tryb życia i nawet jeśli trafiasz po kilku miesiącach do miejsca, w którym się wychowałaś i spędziłaś młodość, gdzie mieszkają twoi rodzice i które nazywasz domem, to ty dopiero wtedy do niego docierasz. Znowu. Na nowo. Nie ma powrotu w podróżnym życiu, są tylko drogi dokądś, choćby i do domu. Drogi te czasem faktycznie  przebiegają parę razy przez te same miejsca, ale te miejsca się zmieniają, zawsze są nowe, bo ty jesteś nowa, z dalekiej  podróży, a to miejsce, na przykład ten dom, też przecież żyło swoimi ścieżkami, kiedy ty odeszłaś. Nie tylko ty peregrynujesz. Świat tak działa, teraźniejszość wydarza się z taką samą intensywnością we wszystkich miejscach naszego globu, wśród miliardów, miliardów ludzi, dla których nie ma powrotu.


Nie można pisać o drodze powrotnej. A miałem pisać o drodze powrotnej z Rosji. Że trwała tydzień, w autobusach, pociągach i samochodach osobowych.  Że był wiec Partii Komunistycznej na placu Lenina w Nowosybirsku, i że spotkałem blisko Nikołaja Roericha w jego muzeum ufundowanym przez duchowych miłośników z całej Rosji. Przewodniczka, czy kuratorka, czy sekretarka muzeum napisałaby parę akapitów w tej relacji; była tak jasnym i czystym człowiekiem, czuwała nad tajemną  estetyką Roericha, dzieliła się jej iskrą. Pociąg jechał znowu trzy i pół dnia tą samą trasą, z Nowosybirska do Moskwy, między płaskimi ścianami lasu, przez rzadkie polany i miejsca wyrębu. Do Omska z alternatywnymi studentami w vansach z kotem na końcu języka i w tatuażach, do Jekaterynburga z dzieweczką z, lat 18,  pierwszy raz sama w pociągu, kogoś odwiedza. Już nawet nie pamiętam kogo. Przepraszam, że nie pamiętam już Twojego imienia, dzieweczko. Miała gruboskórnego kruka wytatuowanego na przedramieniu i tak spała, oparta o szybę.



Może i chciałbym o tym wszystkim napisać. Ale dzisiaj tak wieje w Merritt, plandeki łopocą,  autobus się trzęsie, po ulicach fruwają chmury pyłu. To miejsce jest takie żywe, to miejsce pragnie uwagi, chce żeby mówić o nim, nie o ruskim weselu nocą, gdzieś pod Wielkimi Łukami, w trudnej drodze autostopem z Moskwy do Wilna.  Na Nicola Lake wiatr stawiał dzisiaj fale, które podążały w tę samą stronę, co łany żółtych łąk czekających na wiosnę, otulone nimi wzgórza. Ta niesłychana masa powietrza przewalająca się przez Merritt i całą Nicola Valley ciskała ci w twarz kamienie, kamyczki i piasek. Twoje włosy były zamiecią, a twoje kroki niezdarną walką o równowagę. Cały świat podążał w tę stronę, a drzewa trzaskały i łamały się w dali.



Ale naprawdę mógłbym nie wspomnieć o parze młodych Romów, którzy przywieźli mnie na tanto wesele? Zapadał zmierzch, stałem przy zamkniętej stacji benzynowej w jakimś nieszczerym polu, czterysta kilometrów od Moskwy i jeszcze dwieście na Łotwę, i oni stanęli w rozklekotanej wołdze jak w jakimś westernie, i ona miała kolorową chustę i maleńkie dziecko na rękach, a on był przystojny i śniady. Zawieźli mnie parę kilometrów, w lepsze miejsce, mówią, pod ten motel, w którym było wesele. Zatrzymałem się tam też z Waldemarasem trzy miesiące wcześniej o 6 rano, jest jego zdjęcie na tle tego motelu w notatce o podróży do Moskwy, po nocnym przekroczeniu granicy łotewskiej, do której teraz znowu (!) starałem się dostać. Starałem się dostać do Krakowa, a ta Cyganka była w Krakowie. Jej siostra mieszka w Krakowie. Ona mieszka w Wielkich Łukach, ale przecież się widują. Kraków to bardzo ładne miasto. I jest duży festiwal. Jesteśmy Cyganami tak samo, jak jesteśmy Romami. Jak się nazywasz Cyganik, to wiesz. 



Wiesz, bo teraz chciałbyś na chwilę wrócić do innej pary, do Wesa i Angie, do kontrkulturowej osady Three Peaks w Taos, gdzie pasmo Sangre de Cristo Gór Skalistych przybiera wieczorem kolor purpury (O beautiful for spaciuos sky, America, America!), do kanionu Rio Grande, gdzie wylegiwałeś się w gorących źródłach ze starym Dogmanem i jego psami, z jego długą, siwą brodą, biżuterią i wizją. O owocach lasu, które spożywałeś pod tym monstrualnym nieboskłonem i o tych wszystkich podróżach, które odbywali ludzie wokół ciebie. Włóczęga to dola, taką dostałeś, to taką masz. I ciesz się, że jest, ale nie spodziewaj się powrotu, takie przeznaczenie nie jest ci pisane. Kierunek Colorado.

A na tym weselu nie wiedziałem co robić za bardzo, do środka mnie nie zaprosili, bo to zamknięta elegancja z Wielkich Łuków, ale był taki młody, co krzyknął "hippisi żyją!" jak mnie zobaczył. Potem przynosił mi koniak ukradkiem i tak siedzieliśmy sobie na tarasie tej dość rześkiej nocy, a z ust toczyła się para i dym. Namiot rozbiłem gdzieś, było ciemno, choć niebo czyste i jasne. 

Ale to wszystko jakoś tak nie po kolei, najpierw przecież była noc na dworcu Moskwa Belorusskaja i poranna kawa w Starbucksie – łaknienie bezpieczeństwa i internetu, i kofeiny naturalnie, i ciepła. Marsz na rogatki Moskwy, mgła i siąpi, nauczyciel biologii zatrzymany przez moją doniczkę i protestancki pastor, który żarliwie chciał mnie nakarmić, przenocować, umyć mi nogi. Potem to wesele, a rano ruski celnik, który podarował sobie ode mnie dwie paczki papierosów i słoneczne, zielone połacie Łotwy. Autobus miejskiej komunikacji w Wilnie i starsza pani pytająca zmiękczoną polszczyzną, co to za drzewko wiozę w doniczce. To syberyjski cedr, proszę pani, wykopałem go u podnóży Bieluchy. Tak, przejechał ze mną pięć i pół tysiąca kilometrów i teraz rośnie w Dąbrowie Górniczej. Tak, to bardzo silny cedr, proszę pani. Właściwie sosna, pinus siberica.

A Warszawa Centralna o piątej rano? Człowieku, gdzie ty się wtedy znajdujesz, dokąd ty dotarłeś. Co to za miejsce? Znasz je? Bo byłeś tu wcześniej, prawda? Ale jakoś tak nie do końca znajomo. Złote tarasy jak wygłodniały papieros o piątej rano, to uczucie w układzie pokarmowym. Witaj w Warszawie i żegnaj, bo pociągi do Krakowa kursują często. 
I nagle, tak szybko się tu znalazłeś. Plac przed Galerią Krakowską (a jakże) w miękkim słońcu wczesnej jesieni. I Planty, nieśmiertelne Planty. I znowu tu przyjechałeś. Stoisz przed drzwiami. W tle Sting:



This town, this stain on the sunrise,
Disguised in the mist this morning,
It's 8AM, a seagull shouts a sailor's warning.



This sky, this bend in the river,

Slows down and delivers me, the tide rolls back,

And all my memories fade to black,


And yet, and yet...I'm back.



Serio?

No już, to koniec, dziękuję, choć na pewno jestem znowu na jakimś początku, skoro dojechałem bezpiecznie do tego miasta i zakończyłem trzymiesięczną podróż po Rosji. Ale to było prawie pół roku temu, pięć miesięcy z połowiny. Od tamtego czasu bardzo różne miejsca nazywałem swoim domem i nie wróciłem nigdy do żadnego z nich. A teraz jakimś dziwacznym splotem woli i przypadku znalazłem się w autobusie Greyhounda z lat osiemdziesiątych i mieszkam tu już cztery tygodnie. Miesiąc! Już przesiąkłem sokiem prawdziwych cedrów, z których budujemy dom. Wciąż, kawałka dzwoniącego cedru od Andrieja z Tomska nie ściągam nawet do snu, tylko na basen. I do tej sauny, co tam jest, żeby nie było mu przykro. Bo o ile prawdziwe cedry nie ustępują syberyjskim, to jeśli ktoś poznał ruską banię, suche pudełko w Nicola Aquatic Centre nie będzie mu miłe. Chyba że godzinami obdziera cedry z kory i tnie je na kawałki, wtedy każda sauna jest dla niego oczyszczająca.



I tak się wędrówka toczy. Bez przerwy, nawet przez te sześć godzin, kiedy ściągasz ostrym jak brzytwa nożem długie plastry cedrowej masy, właśnie wtedy się ta wędrówka toczy najbardziej, przez wszystkie poznane zakątki świata, do których ciągle się wraca, przez które wciąż się przejeżdża, codziennie właściwie. To się nie kończy nawet w trybie osiadłym. To podróżowanie. Nie da się cofnąć ani nawet się nie da zatrzymać, ruch następujących po sobie nieskończonych fragmentów teraźniejszości wyznacza rytm kroku. Ten ruch to złudzenie, oczywiście, nic po sobie nie następuje, tylko wszystko sobie trwa, ale jeśli wszystko sobie trwa, a ty sobie tak idziesz, to widzisz to trwanie sekwencyjnie, chronologicznie, topograficznie. I tak powstaje podróż, którą chcesz opisać, ale cały czas wracasz do tego miejsca, w którym jesteś, bo to jest najważniejszy element podróży, to jest to, co się właśnie wydarza.  



I dlatego tak trudno mi wrócić z Rosji do Krakowa, zakończyć ten projekt, podziękować wszystkim, którzy pomogli mi odbyć drogę. Droga się nie odbyła, tylko się odbywa, mam nadzieję, że nikt się nie poczuł oszukany, że ten projekt się tak rozproszył i rozmył pod koniec, że nie było finału, oficjalnego zamknięcia i podsumowania. Tyle razy myślałem o tym, jak i żeby je napisać, pewnie jeszcze napiszę, jeszcze tam kiedyś wrócę i pojadę. Jeszcze będzie film, będzie, tylko muszę zarobić na sprzęt, dowiodę, że Polak potrafi, w Kanadzie każdy potrafi. Teraz jestem tutaj, gdzie indziej, daleko od kapitana Walentina Deriakowa, choć wciąż w zimne dni zakładam wojskowe kalesony, które mi podarował, i daleko Nataszy Iwanowej z Czeczżajewki, której szalik ciągle noszę, i daleko od Tomska, choć cedry wokół zamieniają się w domy, a na szyi podzwania ten syberyjski.



I będę tam wracał zawsze, i wracam tam codziennie, i również przez to nie przestaję się poruszać, wciąż jestem gdzie indziej. Taka dola Cygana, doluś moja, doleńko. I psy szczekają, tartaki szumią, a tabor jedzie dalej, srebrnym Greyhoundem do kolejnego świtu. A potem dalej. 
Teraz chciałbym wziąć pociąg z Niagara Falls do Albuquerque, ale to następnym razem, dziś Word poprawia pierwszą nazwę na Niagara Fallus i to nie jest odpowiedni początek tej opowieści. Jest już późno, w Krakowie wzeszło słońce, w Tomsku już po południu. A w merry Merritt, kanadyjskiej stolicy country, Orion wisi już tak nisko nad horyzontem, że należy spędzić z nim trochę czasu, zanim zniknie na całe lato. Poza tym nie można za długo siedzieć przed komputerem, to niezdrowe dla oczu. I dość już tych wymówek, ale jaki komputer, kiedy wokół jest tyle prawdziwego ruchu, trawa rośnie, owady przewracają się sennie w trocinach, Ziemia cichutko szybuje przez przestrzeń kosmiczną, wciąż jeszcze w znaku Ryb, zaraz moje urodziny. Ona też nigdy nie może się zatrzymać. Taki już nasz los.

No to już, w drogę, strumyczku. Co tam sobie szemrzesz?


sobota, 21 lutego 2015

Czerga i drzewne koneksje.

Kiedy siadam teraz do pisania i patrzę na ostatni wpis, bierze mnie śmiech. Przez ostatnie dwa miesiące, kiedy myślałem o pisaniu, brało mnie raczej pomieszanie, o czym, dokąd, skąd, ile. A teraz nazbierało się już tyle tego przeżywania, że siadam biernie i  bezradnie, rozkładam ręce na klawiaturze i chichocę.  Hehe, od czego by tu zacząć?

Najmocniej przepraszam, bądźmy poważni. Ciążą na mnie pewne zobowiązania, których ku mojej własnej rozpaczy nie potrafiłem dotąd dopełnić. Strumień zdumień został przecież okresowo dedykowany projektowi rosyjskiemu i byłoby w dobrym tonie, żeby dopłynąć to do końca. Poza tym naprawdę chcę, zawsze chciałem, naprawdę zawsze wszystko chciałem – zrobić, dopowiedzieć, dokończyć. Ale wszystko płynie i kiedy się płynie z tym, potrzebna jest cierpliwość, wytrwałość  w oczekiwaniu na postój. I w końcu przyszedł ten czas, kiedy mam go tyle. W moim busie w Merritt, w Brytyjskiej Kolumbii, w Kanadzie, w szczerym lesie, w sennym wygwizdowie na środku pustkowia, na opustoszałym nocą placu budowy wśród tartaków i trocin nie mam Internetu. Ale jest trochę prądu, więc piszę, znajdzie się w końcu połączenie, żeby to przerzucić. A po co mi Internet, skoro mam to wszystko, co wymienione. Przede wszystkim czas, czas i przestrzeń, cztery wymiary na własność, i piąty też, różnie go można nazywać, ale na pewno też jest, ogromny, na własność. I bardzo chciałbym o nim, ale tu znowu potrzebna jest cierpliwość.

Na ostatni postój stanęliśmy z Maszą w Czerdze, o trzeciej w nocy przy Czujskim Trakcie. W oddali świeciły się jakieś lampy czy latarnie, do nich ograniczała się ziemska widoczność. Znacznie więcej widać było na niebie, jasnym, rozgorzałym Drogą Mleczną. Gwiazda Polarna wskazała miejsce na namiot, kilka kroków od drogi. Rozbiliśmy go, wpełzliśmy, posnęliśmy szybko. Rano obudziłem się dużo wcześniej niż Masza i wydobyłem się cicho na światło. Spaliśmy na dużej łące pomiędzy szosą i rzeczką, widoczni ze wszystkich stron, ale tylko owce zdawały się zważać. Tak bym sobie życzył, bo w rzeczywistości nikt zważał. Zostawiłem Maszę w namiocie i wróciłem na przystanek – już tu byłem, stąd pisałem pół roku temu, wtedy z mniejszym opóźnieniem, o Czeczżajewce (nawet zapowiadałem ten powrót do Iwanowa, do którego dziś znowu wracam). Kierowcy zatrzymywali się pytając, czy nie podrzucić mnie do Górno-Ałtajska, a wesoły rowerzysta w uszance, z widłami zatkniętymi za ramę i flagą rosyjską powiewającą na przednim błotniku pedałował niefrasobliwie w porannym słoneczku.



Było dobrze po dziesiątej, kiedy zwinąłem namiot po Maszy i ruszyliśmy do Willa i Olgi, naszych nowych gospodarzy. Kontakt do nich dostałem jeszcze od Archeologów w Tomsku, miałem przyjechać  tu miesiąc wcześniej, na początku drogi w Ałtaj, ale wtedy przydarzyła się Czeczżajewka, a potem to wszystko inne. I tak Will i Olga stali się ostatnim przystankiem w Rosji, tak dobrym, że zawsze byłby za krótki, niezależnie jak długo bym nie popasał.



Niestety wiza mi się już kończyła, zostałem na tydzień z nawiązką.  I to był tydzień pozbawiony zdumień i wydarzeń, poza dwudniowym wypadem do Czeczżajewki. Olga i Will żyją w Czerdze od lat, przenieśli się tu z różnych stron, Olga z Moskwy, Will z Tomska. Kiedy myślę o nich i o tym miejscu dzisiaj, z perspektywy mojego busa, wiem, że szukali i znaleźli to samo, co ja tutaj, tyle że na dłużej. Czerga jest maleńka, ale ma najważniejsze zaplecza konsumpcyjne (spożywczy, gospodarczy, apteka) i kulturowe (biblioteka, kościół, światłowody i linie wysokiego napięcia). Leży przy samym Czujskim Trakcie, na północ do Górno-Ałtajska jedzie się godzinę. Na wschód i zachód można wsiąść na konia albo na łazika i jechać, jechać, jechać przez las, w góry, spotykając tylko zwierzynę, najpierw hodowlaną, potem wolną. I to był najważniejszy powód ich przeprowadzki w tę okolicę, drugim był szeroko pojęty brak – ludzi, zgiełku, miejskiego nadmiaru. Trzecim nie był kościół ani biblioteka, trzeciego nie było. Will i Olga są w znacznym stopniu samowystarczalni społecznie, a ich tryb życia wymaga tylko ciszy i prywatności, o co nie trudno w Czerdze, jeśli postawić odpowiednie ogrodzenie. Oboje są rzemieślnikami z artystycznym zacięciem, jako główne źródło dochodu wybrali mongolskie jurty, które wykonują od szkieletu po wykończenie, z meblami, zdobieniami i jeśli trzeba – montażem. Will jest z zawodu stolarzem, w Tomsku pracował w fabryce mebli, aż w końcu udało mu się zaoszczędzić na tę kurną chatynkę, którą cały czas przeobrażają. Najpierw podniósł i rozszerzył dach, tworząc jasny, przestronny warsztat. Wchodzi się po drabinie od podwórka, ostrożnie, bo stromo, a gałęzie jabłoni utrudniają wspinaczkę. Na górze pachnie sosną, wszystko jest miękkie i żółte od trocin i słońca, tam powstają ludzkie domy i przedmioty ich codziennego użytku, tam panuje Will, małomówny, skupiony mistrz dłuta, z niełaskawym losem rozpisanym na zmarszczkach. Ale palce ma wszystkie i po tygodniu zaczyna opowiadać, śmiać się, nawet zadawać pytania. Wyświadczył mi największą przysługę i honor, dzieląc ze mną swoją przestrzeń pracy, udostępniając narzędzia, korzystając z mojej pomocy przy rzezaniu umeblowania do jurty. Tam w znacznej mierze spędziłem ten tydzień. Razem zrobiliśmy łóżko.



Olga ma swoją pracownię, okrągły domek w kącie ogrodu, obok drugi, mniejszy, z piecem do wypalania gliny i kołem garncarskim. Masza spędzała tam więcej czasu, zdobiły razem szczytowe koło, okno na dym i światło w jurcie. Olga równoważy Willa wobec gości, od razu dużo mówi, dużo się śmieje,  jest duża i głośna, ale bardzo wdzięcznie, sympatycznie, opiekuńczo. Oboje są buddystami, ich pokój do medytacji mówi o nich więcej, niż zdania, opisywanie go tym bardziej nic by nie dało. Sam dom jest stareńki, pogięty i obły, pobielane, sypiące się ściany, przedwojenna podłoga, piec chlebowy. Nam przypadł w udziale gościnny stryszek w budynku gospodarczym. Tam dużo ciszy, lektury i przemyśleń, pierwsze zderzenie ze zbliżającym się powrotem do domu, który zaczynał pękać w fundamentach. W ciepłe dni otwieraliśmy z Maszą drzwi, na jeden z najpiękniejszych i najprostszych widoków, jakie miałem w życiu dla siebie. Czasem pakowaliśmy się wszyscy czworo z piątym labradorem (zapomniałem imię. Tego jeszcze nie było.) w łazika i jechaliśmy w góry. Czasem paliliśmy ogień i piliśmy wódkę. Czasem nic nie robiliśmy.



I stąd poczucie, że ten postój mógłby trwać wieki. Bycie w Czerdze z Willem i z Olgą było czystym, niewymuszonym i szczęśliwym byciem po prostu. Stąd ten pomysł, że jestem teraz w podobnym miejscu. Po prostu ja znalazłem je w pobliżu Pacyfiku, czy raczej ono mnie tu znalazło i przygarnęło. I to nie jest szukanie paraleli, jak w przypadku amerykańskich i rosyjskich pograniczników. Wystarczająco wyrazistą jest ten warsztat stolarski, który chciałem zachować dla siebie na zawsze i ten ogromny plac budowy obok mojego busa, gdzie spełniam swoje pragnienie pracy z drewnem.

Ale to niepotrzebny wtręt, nie na miejscu, nie na tamtym, a tam teraz jestem bardziej. W deszczową sobotę, kilka dni przed wyjazdem, kiedy zastanawiałem się, czy spróbować jeszcze odwiedzić Saszę w Czeczżajewce. Niedaleko do niej z Czergi, siedemdziesiąt kilometrów, ale droga dzika, ledwie bita, przez góry i pustać, z kilkoma wioskami, kilkunastoma domami po drodze. Pieszo nie dojdę, stopem może być jeszcze trudniej. A dochodziło już południe, pogoda się zepsuła, zapachniało śniegiem, mnie zaś przeziębienie trzymało pod śpiworem w początkowym stadium rozkładu. Wszystko mi mówiło, żeby zostać, ciepły i milczący warsztat Willa w szczególności. Ale nie zobaczyć Saszy, nie pożegnać go, kiedy jest tak blisko? Czas leciał, więc nie pozwoliłem sobie na dłuższe wahania, pod wpływem impulsu wrzuciłem śpiwór do plecaka i ruszyłem w stronę właściwej drogi.

Z Czergi podchwycił mnie lokalny weterynarz, Altajec. Jechał do krowy kilkanaście kilometrów dalej, bardzo ucieszył go fakt, że mógł tym razem pokonać tę trasę z Polakiem. Droga była kręta, pięła się po zboczach do, wydawałoby się, nikąd, ale nie, to był dopiero początek, weterynarz wyrzucił mnie przy skręcie w tę ledwie bitą drogę, przez której środek zamiast pasa biegł długi, przerywany ślad krowy srającej w truchcie. Siadłem na poboczu i siedziałem tam trzy godziny. Raz minęło mnie stado krów z pasterzami wierzchem, dwa razy samochód, ale żaden się nawet nie obejrzał. Tylko krowy zdarzały się zważać, tym razem naprawdę.






Przez godzinę szurałem kamyczkiem po asfalcie tamtej poważniejszej części skrzyżowania, grzejąc sobie nim palce w przerwach od szurania i obserwując, jak szybko się zmniejsza. Podśpiewywałem balladę Jaskra („Zapachniało powiewem jesieni…”) i inne piosenki, trząsłem się z zimna i walczyłem z przeziębieniem. Tak to wygląda, kiedy się długo czeka na okazję. Nie, prawdę mówiąc tak to jeszcze nigdy nie wyglądało, żeby cztery godziny stać w ciszy, szumie potoku. Te dwa auta, które nie stanęły – to naprawdę nie do wiary. Skoro już były, to powinny stanąć. Powinno być takie prawo.
W końcu postanowiłem pójść pieszo. Kawałek przynajmniej, zobaczyć, co jest za zakrętem. Pięknie tam było. Jesień już w zenicie, wilgotny chłód od gór, pastwiska, nagie skały, potok. Szedłem godzinę, spacerem, słońce było coraz słabsze. Po godzinie zacząłem wracać. Po kilku krokach nadjechał samochód, stanął, wsiadłem.

Prowadził Vlad, z tyłu siedziała jego żona z dzieciątkiem, jechali z Bijska do rodziców żony mieszkających w jednej z tych kilkuosobowych wiosek w dolinie, w połowie drogi do Czeczżajewki, mniej więcej. Kiedy wsiadłem, Vlad zapytał, czy znam taki film „Into the Wild”. Bo jak mnie zobaczył na tej drodze, to sobie pomyślał o tym filmie i stanął. To było bardzo miłe, szczególnie, że dla niego to spotkanie było takie wyraziste i znaczące, że faktycznie sprawiłem mu ogromną radość tym, że dołączył na chwilę do mojej podróży. To się czasem zdarza i nie ma w tym żadnych złych czy próżnych uczuć; kiedy jest się na swojej drodze i tak bardzo polega się w niej na ludziach, a w zamian za otrzymaną pomoc często ma się do zaoferowania tylko swoje towarzystwo, uśmiech, podziękowanie. I to jest wspaniałe uczucie, kiedy się ma tak niewiele, a dla kogoś to jest tak dużo, ktoś to potrafi docenić, ktoś tego chce. To przecież jest szczere, niewymuszone i serdeczne, przynajmniej z mojej strony takie jest. Niektórzy kierowcy trąbią albo pukają się w głowę, a w smudze spalin, którą po sobie zostawiają, pobrzmiewają obelgi: „włóczęga”, „darmozjad”, „brudas”. Można się czasem zakrztusić, ale wiatr wieje, a horyzont szybko ich połyka. A potem zatrzymuje się taki człowiek, który po prostu chce pomóc, wyświadczyć przysługę, albo z kimś pogadać, rozerwać się na długiej, pustej szosie, albo posłuchać opowieści, wziąć w niej udział. I to wszystko ja mogę zaoferować i te warunki są zawsze jasne dla wszystkich, którzy się zatrzymują. I tak to właśnie działa, i jest w tym trochę magii.
Kiedy Vlad wysłuchał mojej skróconej opowieści, poprosił, żebym mu wyświadczył jeszcze jedną przysługę, żebym powiedział w domu, jak już wrócę do Polski, że Rosjanie to dobrzy ludzie, że to dobry kraj i że media i polityka do bzdury, które nie mają znaczenia dla większości „zwykłych”, codziennych ludzi. Odkąd wróciłem do Polski, powtarzałem to zawsze, głównie dlatego, że takie właśnie było moje doświadczenie. Teraz robię to jeszcze raz, w podziękowaniu, choć nie w zamian, za pomoc okazaną na obsranej, ledwie bitej drodze przez nic, za nadłożone kilometry do samej Czeczżajewki, gdzie Vlad wysadził mnie na długo przed zmierzchem.



Zbliżając się do zabudowań nasłuchiwałem ludzkich odgłosów, ale żadnych nie było. Zapukałem do domu Wadima i Daszy, ale byłem pewien, że nie ma komu odpowiedzieć. W rajskiej dolinie panowała głęboka cisza, podszyta tylko strumieniem. Nikogo. Zima wymiotła wszystkich? Latem było tu i po sześćdziesiąt, siedemdziesiąt osób. Jasne, większość odwiedzających i kursantów Integral Sustainability Education, ale wiąż kilka rodzin, kilka zamieszkałych domów, muzyka, śmiechy, ruch. A tu taka cisza. Nagle – koń. Uwiązany pod domem Saszy. Mają gościa? Podszedłem do drzwi, w domu cisza. Zapukałem. Odpowiedział Sasza, „wejść”, jakby się wciąż spodziewał, że w każdej chwili ktoś może wejść. A nikt by nie mógł, bo zostali sami z Nataszą i Agafią na pół zimy, zanim Nikitinowie wrócą. Uściskaliśmy się porządnie i siedliśmy to czaju, rozmawiając, jakbyśmy się wczoraj widzieli. Zima już się dla nich zaczęła, czas izolacji, zamknięcia i koncentracji, skupienia na sobie, podróży do wnętrza. Było to widać po Saszy, wyciszenie przypominające smutek, a może mądrość, pokryjome wzrastanie, pokorne zasłuchanie. A koń? A konia dostali wczoraj od sąsiadów z Basargino, kilkanaście kilometrów przez góry, w prezencie, na zimę. Sasza przyjął go z wdzięcznością, choć koń w przeddzień śnieżnych zamieci przysparzał dodatkowej, ciężkiej pracy – trzeba mu było zbudować koniusznię, prowizoryczną stajnię o trzech ścianach, które chroniłyby go od wiatru i śniegu. I Sasza zaczął ją budować rano, ale wkopał dwa słupy i ciepnął siekierą, wrócił do domu, do pisania. I pomyślał sobie, mówi, chyba mnie przestałeś kochać, Boże, chyba sobie ze mnie kpisz. Dajesz mi konia na zimę, chociaż wiesz, że tydzień mi pochłonie ta stajenka, a dom nieocieplany jeszcze, ogród nie przykryty. Chyba mnie przestałeś kochać, Boże. I wtedy ty przychodzisz, ot tak, w odwiedziny.
Tak powiedział Sasza i ja wtedy zrozumiałem, że nie bez powodu mnie tak rwało z Czergi, mimo pogody i choroby. Że czasem się nawet nie wie, co można ofiarować drugiemu człowiekowi, że czasem to nie tylko towarzystwo i podziękowanie. Zbudowaliśmy tę koniusznię we dwóch do wieczora, we dwóch było znacznie łatwiej, moje dwa metry też ułatwiały pracę. I następnego dnia, kiedy zostawiałem ich znowu samych z zimą, ale bez żalu ani niepokoju, koń miał już dach nad głową.





Następnego dnia w drodze powrotnej już się obyło bez prób wytrwałości, zacząłem iść i za pierwszym zakrętem dogonił mnie traktor, jechaliśmy razem godzinę, 25 kilometrów, 25 kilometrów na godzinę. Całą drogę z głośnika nad moją głową waliło ruskie dicho, Bielyj puch, Ona adna i takie tam. Chłopak w filcowych gumiakach, bluzie adidasa i grubych okularach uśmiechał się i milczał, podkręcając volume. Zostawił mnie w największej z przydrożnych wiosek, noszącej widoczne blizny po zamierzchłym kołchozie, ruiny gospodarczych szeregowców i wieloletnich planów. Stamtąd znowu, rozklekotana łada, dwóch sympatycznych jegomości wprost do Czergi.


Tak doskonale to wszystko pamiętam, jakby to było w ubiegłym tygodniu. A w ubiegłym tygodniu spałem w przytułku dla bezdomnych w Penticton i pomagałem napisać wykład o Strefie Gazy pielęgniarce Czerwonego Krzyża, a dwa tygodnie temu mieszkałem w raju z dużą rodziną przyjaciół w Montanie, a trzy tygodnie temu był Nowy Meksyk, Colorado i Wyoming, a cztery – Albuquerque, moja Siostra i jej dzieci. I wcześniej jeszcze tyle rzeczy. A nie pamiętam tylko tego przeklętego imienia labradora Willa i Olgi. Ale ono też wróci, bo w takie miejsca zawsze się chce wracać i wraca, te miejsca są nieśmiertelne, to Domy, które nie płoną. Są też domy, do których się wraca, choć ich już nie ma i tak wyglądał trudny powrót z Czergi do Krakowa. I on też trwał tydzień. I o nim będzie następnie.