czwartek, 30 października 2014

Bardzo dawno, bardzo późno.

Bardzo długo wracałem do domu. W drodze z Czergi do Krakowa spędziłem tydzień i to był długi tydzień, ale w Krakowie okazało się, że potrzeba czasu, żeby dojść do siebie na dobre, żeby faktycznie wrócić do domu. Trzy miesiące to dużo i mało i nie będę rozwijał tego stwierdzenia ani szedł tą drogą, zdając się na wyrozumiałość osób, które chciałyby wiedzieć, co wydarzyło się w dolinie Jarlu. 

Minęło już dość dużo czasu i sam jestem ciekawy, jak dystans wpłynie na tryb opisu. Wróciwszy od razu wpadłem w tryby miasta i już kilka razy zdążyłem przetrawić ubiegłe trzy miesiące, już zmieniły się w struktury komórkowe. Już jestem w Krakowie, może na chwilę, ale na pewno. Ale bardzo chciałbym choć na chwilę teraz wrócić do Rosji, do ludzi, których tam spotkałem i którzy są, co z dystansu mogę powiedzieć z jeszcze większym przekonaniem, są (bo wciąż tam są!) absolutnie wyjątkowi.



Idąc w górę strumienia Jarlu czułem wyraźnie 50 kilometrów z ubiegłych dotąd dwóch dni. Było mroźno, słonecznie i cicho, gęstwiny modrzewi oprószone szronem ciągnęły się wzdłuż ostrych zboczy kamienistych wierszyn, tworząc pierwszą barykadę na drodze od grani. Nie spotkałem nikogo. Wyżej strumień cichł, przechodził w ledwo widoczny chlupot, nad doliną grał wiatr.



Na jej dnie z trzech stron otoczone pionowymi ścianami leżało Kamienne Miasto, wzniesione rękami ludzi, którzy przychodzili tu od dawna po to, żeby je wznosić. Ałtajcy budują kopce z kamieni w świętych miejscach, a turyści, pielgrzymi i poszukiwacze złota przejęli tę praktykę, by w ten sposób połączyć się z miejscem, które uważają za szczególne geograficznie i energetycznie, i oddać mu swoje intencje. Postawiłem tam kilka imion z kamieni z widokiem na Świat, imion związanych z nagrodami w projekcie, choć oczywiście nie tylko, poza tym myślałem o wielu, wielu innych imionach, o jednym zaś szczególnie.
Cicho. W ciszy szum skrzydeł przelatującej grupy sokołów. Hałas tak duży, że teraz myślę, że było ich pięć albo sześć, a pewnie w rzeczywistości były trzy. Przyleciały zza grani.Wyobrażam sobie, że nawet dla nich pokonanie takiej wspinaczki na trzy i pół tysiąca metrów nie jest codzienną rutyną, ani spontanicznym odruchem. I nigdy nie słyszałem takich skrzydeł, tak blisko uszu. A potem echo poniosło stukot kopyt na skałach i szmer osypujących się kamieni. Nie było jej widać, ale nie było wątpliwości, że tam jest.



A potem zobaczyłem, że przy moim plecaku, który zostawiłem niżej, przy centralnym głazie kamiennego miasta, kręci się dwóch ludzi i pies. Chyba byli ubrani na zielono, a ja siedziałem już długo bez herbaty, więc zabrałem się do schodzenia w ich stronę. Nie będę przecież unikał straży granicznej, jeśli to faktycznie oni. Jak można byłoby zaprzepaścić takie spotkanie? Zbliżając się krzyknąłem „Zdrastwujte” i uśmiechnąłem się grzecznie, a krępy Rosjanin w mundurze odpowiedział chętnie, przy neutralnym milczeniu swego ałtajskiego towarzysza. Najpierw pytanie o cel pobytu, potem o paszport, potem o przepustkę. Pokonując dzielący nas dystans odpowiedziałem na dwa pierwsze pytania ignorując trzecie i kiedy kończyłem mówić kapitan Walentin Deriakow już przeglądał mój paszport. Następne pytanie, które padło, brzmiało:
- Piszesz wiersze?
- Trochę pisałem – odpowiedziałem szczerze.
- Ile? – zapytał równie szczerze kapitan.
- Nie wiem, raczej ich nie zliczam, może byłoby na książkę.
- Na książkę? – w jego oczach pojawił się odcień szacunku – Ja napisałem trzy wiersze. Jeden o Bielusze, jeden o Losie i jeden jeszcze o górach. I dwie pieśni. - zatrzymał się na chwilę. Towarzyszący mu Ałtajec zaskoczył z głazu i zaczął iść w stronę pionowego zbocza. - Pamiętasz jakiś swój wiersz? Możesz zarecytować?
- Pewnie mógłbym, ale one są po polsku.
- To dawaj, powiem Ci mój.



I powiedział. Potem zaśpiewał pieśń. Rozsiadł się na ziemi w pełnym, niskim słońcu, oparł o głaz i wciągał mnie do swojego świata patroli przez zimowy las, zaginionych turystów i świętej Góry. Jego kompan wspinał się tymczasem na piarżyste, strome zbocze, coraz wyżej ponad nasze głowy, aż stanął na szczycie i nawoływał do łajki, która wierciła się przy kapitanie, szukając sposobności, by opuścić tę lekcję rosyjskiej melodii. Kiedy Walentin skończył, zapadła chwila ciszy, a potem kolejne pytanie:
- A medytujesz?
Byłem trochę zdezorientowany.
- Można tak powiedzieć. Siedzę sobie tutaj, myślę. Słucham trochę, widziałem suroki (świstaki) tam na górze. Układam imiona moich przyjaciół z kamieni.

Wdaliśmy się w krótką pogawędkę na temat mojego dotychczasowego pobytu w Rosji, od Moskwy przez Tomsk i plac zabaw na Govorovej po Ałtaj, na końcu której Walentin z uśmiechem oznajmił mi, że jestem naruszycielem pogranicznej zony, że znajduję się na tym terenie bezprawnie i że powinienem zgłosić się tego samego dnia do ich stróżówki nad jeziorem Akkemskim, by strażnicy mogli w konsultacji z centralą ustalić sposób dalszego postępowania.

- Jak chcesz jeszcze pomedytować, to sobie idź jeszcze posiedź, ja też tu posiedzę, spotkamy się wieczorem na posterunku.



Paszport zachowałem, więc gdybym przemycał jakiś czosnek z Chin, mógłbym spokojnie czmychnąć przez przełęcz Karaturk w stronę rosyjskiej cywilizacji. Ale w plecaku miałem tylko rzeczy niezbędne, więc nie miałem się czego bać. A widziałem, że chcę jeszcze pogadać z Walentinem.

Spędziłem w Jarlu jeszcze kilka godzin, potem przedostałem się drugim zboczem doliny w stronę jeziora. Z modrzewiowego zagajnika wyszedłem na rozległy, podmokły teren, pasły się na nim konie. Przez jezioro, tuż przy ujściu Akkemu, kursował ponton, przejście wody suchą stopą nie było możliwe w odległości kilku kilometrów. W okolicach tej przeprawy powstało kilka ładnych zdjęć, ale z próżności nie chcę, żeby dominowały nad tekstem, dlatego przynajmniej jedno.



Było jeszcze wcześnie, Walentin nie wrócił do stróżówki. Przywitał mnie tam pucułowaty chłopak, może dwudziestodwuletni, wpisał dane z paszportu do rejestru przybyszów i podziękował. W sprawie braku przepustki czekać na kapitana, można postawić tu namiot. W trakcie tych późnopopołudniowych godzin robiło się coraz chłodniej i kiedy namiot był gotowy, pokrywała go już cienka warstwa białej, twardej kaszy. Akurat na zmarznięte ręce wrócił Walentin i „dawaj, czaju popijom”, do stróżówki. 



Był tam jeszcze Sasza, Oleg i Elena, młoda dziewczyna zamieszkująca od kilku tygodni jedną z beczek – schronów leżących nad jeziorem. Dostałem doszirak, najsławniejszą rosyjską chińską zupkę, chleb, majonez, kaszę gryczaną. I czaj. W trakcie kolacji regulamin oraz dowództwo doniosło, że w istocie nie mogę przebywać w przygranicznym rejonie bez przepustki i że muszę udać się do oddziału rejonowego w Ust-Koksie, złożyć zeznanie i zapłacić mandat. W ciągu tego i następnego dnia Walentin kilkakrotnie wytłumaczył mi, jak i gdzie dojechać, co powiedzieć, komu zapłacić mandat. Termin ustalił tak, żebyśmy się jeszcze spotkali po końcu jego zmiany, za niecały tydzień. Na moją prośbę przegrał mi swoje wiersze na nośnik – nie przyszło mu to łatwo, ale potrzeba podzielenia się iluminacjami spod Bieluchy była silniejsza. 

Walentin pochodzi z Rostowa nad Donem, dobrych pięć tysięcy kilometrów na zachód. Na przydział do Ust-Koksy przywiózł żonę i dwuletnie dziecko, byli tu już razem dwa lata. Kiedyś na służbie wybrał się na patrol w kierunku lodowca i źródła Akkemu, w pobliże podnóży Bieluchy. Była odsłonięta i kazała mu usiąść przed nią na skale, Walentin usiadł, zamknął oczy i trwał tak przez czterdzieści minut. Po otwarciu oczu pojął, że otrzymał jakiś dar. Potem spotkał jakiegoś energetycznego turystę, który wytłumaczył mu, na czym polega medytacja i tak Walentin poznał, że góra nauczyła go medytować. Od tamtego czasu bardzo często to robi, siada na skale, wsłuchuje się w otoczenie i „wyłącza się”, zastyga w stanie odbioru. Mówił o tym przygotowując herbatę, w piecu huczało, na pryczy zajmującej połowę powierzchni izby rozłożyli się pozostali uczestnicy wieczoru. Elena z Saszą grali w backgammona, Oleg czytał książkę, milczący Ałtajec drzemał. Walentin miał dalej na sobie ciężkie buty i spodnie w panterkę, ale ciepło w izbie zdjęło z niego wierzchnią odzież. Na zielonym podkoszulku wisiał duży, prawosławny krzyż. Potężne ramiona i twarz rosyjskiego żołnierza, kanciasta, szorstka, z błękitnymi, dobrymi oczami. Bardzo długie rzęsy i jasne włosy. Wypisz wymaluj, Wschodni Słowianin. Tak bardzo chciałem zrobić mu zdjęcie, a on tak bardzo mi odmawiał. 



Doradził, żebym nie schodził za szybko. I żebym też nie szedł przypadkiem przez Karaturk, bo tam już wszystko zasypane i ścieżki nie znajdę, a przełęcz biegnie ponad trzy i pół tysiąca metrów npm. Zaprosił na śniadanie. Ostrzegł przed mrozem. Życzył dobrej nocy.

Noc była dobra, choć zimna, dochodziło do -10 stopni i choć mój śpiwór alpinistyczny nie jest, to budziłem się tylko nad ranem, zasypiałem szybko. Trudniej było się zmierzyć z odbiorem świata bez śpiwora, jako że spałem w nim i we wszystkich swoich ciepłych ubraniach, ale Walentin już u wyjścia z namiotu zwinął mnie na kawę i śniadanie. Zdecydowałem, że zejdę jeszcze tego samego dnia, ale kapitan bardzo nie chciał, żebym schodził bez wizyty w czasowni, więc zaproponował wspólny spacer w górę jeziora, w stronę Trzech Szczytów Bieluchy.



Wychodząc ze strefy namiotowej minęliśmy dwa duże głazy leżące przy ścieżce. Kapitan zatrzymał się przy nich.
Oberwały się rok temu. Nad jeziorem zatrzymała się grupa młodzieży, rankiem wyszli do doliny siedmiu jezior i mieli wracać po południu. Przy czasowni złapała ich ostra burza i podczas gdy część grupy postanowiła przeczekać deszcz, para dwudziestolatków wracała do swojego namiotu. Dobiegli do niego mokrzy, zrzucili mokre kurtki i weszli do środka. Dwie minuty potem przetoczył się po nich jeden z głazów. Dziewczyna jest kaleką, chłopak umarł po kilkudziesięciu minutach. Walentin mówił, że wracali z Jeziora Duchów, miejsca, gdzie mieszkają szkodliwy dla ludzi rodzaj górskich duchów, które wyszukują w przybyszach słabości i grają na nich, próbując ściągnąć człowieka do swojego świata. Teraz ta historia jest powtarzana z jeszcze większym przekonaniem. Mówił też, że nie mieli jak go ratować. Wszystko w środku – kasza.

Wtedy napisał „Sud’bę”, „Los”, czy raczej sama się napisała, a on tylko użyczył ręki. Potem powstała „Góra Bielucha”, święta góra Rosji, łaskawa i sroga królowa matka. Czasownia to ostatnie miejsce, dokąd mogą dojść Ałtajcy, dalej w stronę szczytu chodzą podobno tylko szamani. I biali turyści. Może nie ma w tym nic nic złego, ale kapitan nie może znieść, kiedy mówią, że „pokryli” Bieluchę, jak można pokryć górę, jak człowiek, taki mały duperel, może pokryć ogromną, świętą górę. To ona do siebie dopuszcza i odsłania się przed tym, kto jest na to gotów. Kiedy szliśmy wzdłuż strumienia i bagiennych rozlewisk, Trzy Szczyty tkwiły w chmurach.



W Krakowie upłynęło już dużo czasu, odkąd urwałem w tym momencie. Muszę zacząć od nowa. Obiecuję dokończyć.

niedziela, 28 września 2014

W górę, do Góry.

Światła pogaszone, za oknem choć oko wykol, pociąg śpi. Tylko po zakrętach czuję, że jedziemy przez Ural. Rano będę już dwie strefy czasowe bliżej domu i w dodatku w Europie, jak przywykło się nazywać również zachodnią część Rosji. Na samym dziele (jak ładnie nazywają tu grunt rzeczy) Rosja oczywiście nie jest Europą, choć żyją w niej Europejczycy, nie jest też Azją, choć i Azjatów nie brak. Rosja  to świat, osobny kontynent, kraj słowiański,  co nie znaczy europejski, jak nas uczono, tylko swój własny, osobny. Więc nigdzie nie wyjeżdżam ani nie wjeżdżam, po prostu jadę przez Ural i myślę, że chciałbym mu się kiedyś przyjrzeć z bliska, z południa na północ.


W czasie równoległym jadę z zachodu na wschód, wzdłuż kazachskiej granicy, z Multy do Tiungura, ostatniej miejscowości na drodze. Wychodzę z domu o świcie, do głównej drogi spod domu 6 kilometrów, plecak ciąży prowiantem na parę dni, a po samochodach śladu. Świt rześki i mglisty, niebo powoli się rozjaśnia i przybiera swój czysty kolor, słońce zaczyna ogrzewać wierzchołki gór. Przechodzę most na Katuni, stalowe liny i podpory sprawiają wrażenie niezniszczalnych, ale rdza podpowiada, że to czas jest niezniszczalny i że mieszka w tym moście od bardzo, bardzo dawna. Samochody, które akurat wtaczają się na niego od strony Multy posuwają się powoli i ostrożnie jak linoskoczkowie, kawałki blachy gną się i odkształcają pod oponami, czas trzęsie się ze śmiechu. Jeden z tych samochodów zatrzymuje się, młody chłopak podrzuca mnie ostatni kilometr do krzyżówki z główną drogą. Tam pobijam swój kolejny autostopowy rekord, czekam godzinę i piętnaście minut na pierwszy samochód jadący w moją stronę, ten pierwszy mnie zabiera.


To stara, roztrzęsiona żigula, pięć dych na karku i tysiące kilometrów po tutejszych drogach, co wywołuje we mnie szczery podziw dla sowieckiego przemysłu. Prowadzi stonowany starzec w kaszkiecie, na przednim siedzeniu jego młodszy, wąsaty gość z Kijowa w pełnym, myśliwskim kamuflażu. Na tylnym siedzeniu ogromne pudło z używanymi ciuchami, wciskam się w nie z plecakiem, bo drzwi nie wyglądają na wyjątkowo zamknięte. Jedziemy, pasażer wysiada parę razy na pięknych zakrętach Katuni, rozkłada statyw i filmuje jakieś przebitki. W tych krótkich momentach wyłączonego silnika mogę też zamienić kilka słów z kierowcą. Mówi jak Ci starcy, którzy za dużo już widzieli, żeby chciało im się jeszcze mówić. Mówi, że był w Polsce, przejeżdżał koleją, kiedy służył we wschodnich Niemczech w sześćdziesiątym ósmym. Stara sobie przypomnieć nazwę stacji, gdzie mieli dłuższy postój, ale nie może, a chce pokazać, że był przecież. O, pamięta, że mamy okropne tory w Polsce, tak telepało i rzucało, jak przekroczyli granicę, no coś strasznego. „No ale cóż – reflektuje się – w każdym kraju są lepsze i gorsze rzeczy. U nas na przykład drogi są często okropne”. Nie trzeba mi tego tłumaczyć, ale pytam – Takie jak te? – wskazując na polną żwirowo-pylistą, schodzącą przed nami w zakole Katuni. „A skąd, przecież ta jest równa”. Zostawiają mnie w Katandzie, do Tiungura niecałe 10 kilometrów, więc zaczynam iść. I może to powietrze robi się coraz rzadsze, ale oddech zaczyna mi powoli zapierać w gardle.


Z drogi zgarnia mnie Sierioża, prawnik z Sankt Petersburga, który stopniowo przenosi się do Tiungura. Przyjeżdża tu od 15 lat, najpierw jako turysta, potem kupuje działkę, buduje dom. Teraz mieszka tu z żoną i pierwszym dzieckiem przez pół roku, drugie pół pracując w „Piterku”. Dochodzi do czterdziestki skrywając łysienie w króciutkim strzyżeniu,uśmiecha się oszczędnie, ale szczerze i pięknie. Cechuje się tą dziwną mieszanką dobroci i serdeczności z introwertyzmem i skrytością, która chyba często przypada w udziale prawnikom. Jest silny i stanowczy, widać, że z wiekiem rośnie jego satysfakcja z wypełniania pewnego ideału męskości, który był też wzorcem Wowy. Ma syna, zbudował dom, wnętrza wykańczał w większości własnymi rękami, posadził już sad wokół domu. Jego żona nie musi pracować, a on coraz mniej, wciąż zapewniając swojej rodzinie standardy petersburskie, zupełnie egzotyczne w atmosferze materialnej Tiungura. No i dołączył do grona tych szczęśliwych ludzi, którzy żyją w samym środku dostojnego piękna Ałtaju.


Polubiliśmy się od razu. Zamiast pod most na Katuni przywiózł mnie do siebie, na czaj, twaróg ze śmietaną i objaśnianie drogi. Wyszedłem od niego z narysowaną mapą, domowym chlebem, słoikiem ałtajskiego miodu i siatką pomidorów ze szklarni. I ogórcy oczywiście, bez ogórców ani rusz. Odwiózł mnie jeszcze parę kilometrów do końca drogi, do ostatniego mostu na Kuczerle, skąd dalej już tylko pieszką. Dopiero na tym ostatnim odcinku doszło do standardowego pytania, o to, co się w Polsce sądzi o Ukrainie, co mówi o Rosjanach, jakie są nastroje. Zwykle staram się wyważyć tę odpowiedź, że faktycznie, w mediach mówi się źle albo wcale, ale ludzie różnie, nie wszyscy powtarzają to, co słyszą w telewizji. Sierioży nie pozostawiałem złudzeń, wspominając tylko o tym ułamku komunistów i wrogów narodu, którzy żywią sympatię do Rosji. Jak choćby ten raper od hitu „My Słowianki”, którego zjedli za prorosyjskie nastrojenie, jakby nie było ono  dość logiczną konsekwencją jego ludowych inklinacji. Dopiero tu zresztą zdałem sobie sprawę, że w Rosji panuje znacznie większa świadomość charakteru mediów i ich „wolności”, niż w Polsce, zaufanie do nich jest znacznie bardziej ograniczone. Wydaje się, że u nas złudzenie różnorodności przekazów i wolności słowa daje nam poczucie rzetelności tego kanału informacji, który akurat pasuje do naszych własnych przekonań i za którym podążamy z niezbitą wiarą.

Siergiej ze smutkiem przyjął moją odpowiedź. „Ale rozumiem – powiedział - nasza wspólna historia nie daje wam za dużo powodów, żeby nas kochać. To taka szkoda, przecież my wszyscy z jednej wioski.” Krytycznie odnosił się do rosyjskich mediów, choć złego słowa o swoim kraju czy o Władimirze Władimirowiczu raczej by nie powiedział, mało kto by w Rosji powiedział i to całkiem zrozumiałe. Jego skondensowany wywód dotyczący nowej odsłony przepychanki imperialnej między USA a Rosją i charakteru tej rywalizacji miał dużo sensu, a opinia o roli Europy i Polski w tym konflikcie dała mi do myślenia. I nie oznacza to, że staję się rusofilem i wrogiem Unii Europejskiej, tylko że świat jest znacznie bardziej skomplikowany, niż mogą to wyartykułować wszystkie mądre głowy, naukowcy, dziennikarze i opiniotwórcy danego języka, danej kultury. Wystarczy posłuchać jednej logicznej argumentacji po rosyjsku, a świat od razu zyskuje nowy wymiar czasoprzestrzenny, w którym nawet prawa fizyki mają prawo być inne.


Wystarczy wejść do lasu, żeby przestać o tym myśleć. Przekroczyłem most na Kuczerle i już, skończyła się polityka, zasięg i wszystkie pozostałe pierdoły. Do Katuni spływają nieopodal siebie dwa potężne potoki mające swoje źródło w lodowcach pod Bieluchą,  Ak-kem i Kuczerla, jednocześnie dwie drogi w górę. Ja nie znając w ogóle charakteru tych gór wybrałem łatwiejszą, po Akkemie, żeby wrócić potem tą drugą. Szlak do jeziora Akkemskiego ma około 45 kilometrów, pierwsze dziesięć to przełęcz Kuzuiak, przyjemna, beskidzka w klimacie trasa przez tysiąc pięciusetmetrowy grzbiet do doliny Akkemu, który skręca stąd bardziej na wschód, uchodząc do Katuni kilkanaście kilometrów poniżej Tiungura. Tę drogę można w sezonie pokonać ogromną ciężarówką wojskową, wożącą turystów z bazy w Kuczerle. Ostatni przystanek na jej drodze to „stojanka”  Trzy Brzozy, miejsce namiotowe na początku wąskiej ścieżki, która potem jeszcze przez 35 kilometrów wije się równolegle do Akkemu.


Z Sieriożą rozstałem się dopiero po 12, więc pierwszego dnia stanąłem kilka kilometrów za Trzema Brzozami, gdzie w promieniu kilometra już trudno o chrust i suche drewno opałowe, szczególnie po sezonie. Jesień już się tu powoli zadomowiała, zieleń bledła, niebo jaśniało, konie dojadały resztki na pastwiskach. Po drodze spotkałem kilku ałtajskich pasterzy wierzchem, schodzących z krowami w dolinę. Przez dwa dni wyprzedziłem jeszcze dwie grupy po cztery i dwie osoby, jednego samotnego piechura, z naprzeciwka wracało też niewiele więcej. 


Kiedy ludzie mówili – za późno przyjechałeś, już chłodno, sezon zamknięty – nie dyskutowałem, ale byłem pewien, że przyjechałem dokładnie  na czas. Pierwsza noc była ciepła, cicha, wybrałem  „stojankę” w gęstym, świerkowym zagajniku nad strumieniem spływającym do Akkemu. Myślałem o wszystkich ludziach, dzięki którym tu trafiłem i starałem się nadawać swoją ogromną wdzięczność po świerkowych słupach w tarczę księżyca, który dla wszystkich jest taki sam. Zasypiałem przy ogniu, śniłem o niedźwiedziach i wilkach, byłem wreszcie na swoim miejscu i w swoim czasie, szczęśliwy.


Nad ranem przyszła mżawka i w ciągu dnia pogoda stopniowo się załamywała. Po drodze spotykałem jeszcze mniej ludzi, niż wcześniej. Ścieżka prowadząca dotąd przez las po zboczu góry  zeszła teraz wprost do Akkemu i wiodła po brzegu, czasem przez wąskie płaty ziemi porosłe brzeziną, potem coraz częściej po kamiennych rumowiskach. Robiło się coraz chłodniej, zeszła mgła, coraz częściej i coraz mocniej padało. Marsz był jednak bardzo przyjemny, czekałem na niego długo, nawet nie wiedziałem jak długo. Dopiero późnym popołudniem przemoczone buty i wszystkie ubrania zaczęły mi przeszkadzać, ale do celu było już niedaleko. Na ostatnim kawałku drogi spotkałem Ilję. Najpierw zobaczyłem jego jaskrawobłękitną kurtkę ze złotymi napisami. Zielony namiot stał pod ogromnymi cedrami, na ogniu wrzał czaj, Ilja wyszedł mi naprzeciw i zaproponował, żebym rozbił się u niego, bo niebawem będzie ciemno, a poza tym na górze może już padać śnieg. Kiedy zauważył, że nie jestem Rosjaninem, zaczął od razu mówić po angielsku z jakąś przedziwną manierą naśladującą akcent hollywoodzki w podtypie gangsterskiej sensacji, co czyniło go jeszcze bardziej dziwacznym stworzeniem. Spod błękitnego kaptura wystawały jasnozłote kosmyki włosów i kolorowe pompony wełnianej czapki, na nogach gumowe buty sięgające ud i wojskowe spodnie. Mieszkał w tym miejscu już dwa tygodnie, bo to „najbardziej naenergetyzowane miejsce w całym Ałtaju” (jedno z wielu, to akurat odkryte i eksploatowane wyłącznie przez niego). Powiedział, że prowadzi tu duchowy projekt, zajmuje się jogą i reiki, spaceruje po okolicy, zbiera jagody i orzechy cedrowe, chodzi na pogawędki do pobliskiego wodospadu. Zagorzałość, z jaką namawiał mnie do pozostania wskazywała jednak, że samotność zaczęła mu już doskwierać (ciekawe jak dawno, zważywszy, że namiot stał przy samym szlaku). Podziękowałem, do jeziora została godzina, a ja chciałem tam już być, więc pożegnałem go z przeczuciem, że jeszcze się spotkamy.



Już po gęstej szarówce dotarłem do Wysotnika, bazy turystycznej, której główna siedziba znajduje się na początku szlaku, w Tiungurze. Tu parę zabudowań, chata z kuchnią, jadalnią i strychem dla pracowników, druga dla gości, ajla – ałtajski budynek gospodarczy z drewna przypominający w kształcie jurtę - i bania. Dogoniłem tam parę Ukraińców, których mijałem już raz i którzy potem wyprzedzili mnie podczas postoju. Rozmawiali z Timem, przewodnikiem, o pogranicznikach i przepustkach. Już Ilja mnie uczulił, żebym się raczej nie kręcił w pobliżu ich posterunku, skoro nie mam papierów. Wcześniej słyszałem różne wersje na temat obecnego prawa przygranicznego, od Poliny czy Sierioży, ale żadne z nich nie wiedziało, że obcokrajowcy muszą wyrobić przepustkę w Ust-Koksie, głównym ośrodku rejonu, przez bliskość granicy kazachskiej i trochę dalej – chińskiej. Tim stanowczo mi odradził rozbijanie się nad jeziorem, postraszył, że mogą mnie tu i tydzień potrzymać albo wysłać śmigłowcem do Ust-Koksy i obciążyć kosztami transportu, ale nade wszystko oznajmił, że właśnie idzie nagrzać banię. I że mogę się przespać na jej strychu za 200 rubli.  Nie miałem żadnych wątpliwości.


W bani opowiadał mi dużo o górach, o trasach, którymi chodzi z grupami, o grupach, ludziach, Niemcach, których co roku jest najwięcej i którzy zawsze biorą konną asekurację. Teraz, już po sezonie, większość pracowników opuściła bazę w Tiungurze i przeniosła się na góry na parę dni krótkiej jesieni, żeby przygotować budynki na zimę i zwieść sprzęt do wsi. W domu gościnnym nocowała jedna z ostatnich grup, w ajli płonął ogień, poprzywiązywane wokół konie rżały na zapadający z nocą mróz. Staw, do którego wychodziliśmy pływać, zaczął pokrywać się cieniutką warstwą lodu. Siedzieliśmy potem na ławce przed banią, biali jak duchy, wypuszczając całym ciałem w ciemną noc gęste kłęby pary. Aż do chwili, kiedy zaczynało się czuć chłód wtedy bania przyjmowała nas na kolejny seans rozstrzelany suchym drewnem sosnowym, zatykała nos i usta gorącą parą, oczy piekły od spływającego z czoła potu. Nie ma lepszej nagrody za 45 kilometrów marszu, za 100 kilometrów też nie chciałbym innej. A o bani mógłbym napisać książkę. Ale tylko w bani.


Przed snem Tim wyciągnął mnie jeszcze na ognisko do ajli, gdzie grzali się turyści. Grupa składała się z dziesięciorga Rosjan z różnych stron kraju. Była też para z Tomska. Zaczęliśmy rozmawiać, opowiadać sobie o mieście, zapytałem ich o adres. Okazało się, że nie mieszkają w Tomsku, tylko w Siewiersku, zamkniętym mieście za rzeką, tym od badań nuklearnych i zakładów petrochemicznych, pisałem o nim już kiedyś. Powiedzieli, że faktycznie, żeby wjechać do Siewierska trzeba mieć specjalne zaproszenie, raczej od instytucji, niż od rodziny, że sami muszą zgłaszać, kiedy opuszczają miasto, na jak długo i w jakim celu. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zapytać: „No dobra, ale co tam jest takiego sekretnego?” Odpowiedzieli bez wahania, z cieniem wyrozumiałego uśmiechu „To jest właśnie sekret.” I po rozmowie. Z chwili konsternacji skorzystał inny chłopak, który znów zaczął temat Ukrainy i polskiego nastawienia do Rosjan. Odpowiedziałem jak zwykle, a w nagrodę otrzymałem jedną z najładniejszych opowieści o słowiańskim braterstwie i innych cnotach, które nas łączą i łączyć powinny, wbrew amerykańskiej woli poróżnienia wszystkich na korzyść swojej militarnej potęgi. Dima wyraził radość, że przyjechałem do Rosji, że są Polacy otwarci na swoich przyjaciół ze wschodu i wzniósł za to toast czajem z liśćmi czarnej porzeczki i miodem. To było naprawdę szczere i miłe, jedna z moich ulubionych ruskich chwil, w której nie było ani wódki, ani słoniny, ani żadnej z tych znanych etykietek, które zdobią relacje z podróży po Syberii. Potem jeszcze powspominałem browar i plac św. Mikołaja w Bielsku-Białej z Nataszą, której babcia żyje tam dotychczas i z tym miłym wspomnieniem udałem się na spoczynek, bania już całkiem ze mnie wyparowała i mimo ognia zaczęło mi być chłodno. Na strychu niestety też było koszmarnie zimno, podłoga szybko przestała grzać, a pod nieuszczelnioną blachą dachu hulał wiatr. Kiedy przed snem wyszedłem jeszcze na chwilę na schody, zrozumiałem, że jestem już bardzo wysoko. Padał śnieg, mój pierwszy śnieg tego lata.


Rano Tim jeszcze raz przestrzegł mnie przed pogranicznikami i wysłał na spacer do doliny Jarlu, z dala od posterunku i po drugiej stronie jeziora. Zaproponował, żebym zostawił rzeczy i wrócił na noc, ale nie chcąc sobie wiązać nóg podziękowałem i postanowiłem poczekać z decyzją do wieczora. Wychodząc z bazy trafiłem jeszcze na „próbę lodowego wiadra” w wykonaniu jednego z przewodników, który wylał na siebie owo wiadro „w imię przyjaźni i światowego pokoju”, wyzywając swoją żonę, żeby zrobiła to w następnej kolejności. My sobie puszczamy łańcuszki na facebooku z książkami, które zmieniły nasze życie, a Rosjanie z wiadrami lodu. Piękne.

I tak wyruszyłem do Jarlu, gdzie zaczęła się moja przygoda z Federalnym Biurem Bezpieczeństwa. Ale o tym już jutro.