Jak można pisać o drodze powrotnej? Jak powroty mogą być
ekscytujące? Gdzie te powroty musiałyby zdążać?
Podróżowanie to tryb życia i nawet jeśli trafiasz po kilku
miesiącach do miejsca, w którym się wychowałaś i spędziłaś młodość, gdzie
mieszkają twoi rodzice i które nazywasz domem, to ty dopiero wtedy do niego
docierasz. Znowu. Na nowo. Nie ma powrotu w podróżnym życiu, są tylko drogi
dokądś, choćby i do domu. Drogi te czasem faktycznie przebiegają parę razy przez te same miejsca, ale
te miejsca się zmieniają, zawsze są nowe, bo ty jesteś nowa, z dalekiej podróży, a to miejsce, na przykład ten dom, też
przecież żyło swoimi ścieżkami, kiedy ty odeszłaś. Nie tylko ty peregrynujesz. Świat
tak działa, teraźniejszość wydarza się z taką samą intensywnością we wszystkich
miejscach naszego globu, wśród miliardów, miliardów ludzi, dla których nie ma powrotu.
Nie można pisać o drodze powrotnej. A miałem pisać o drodze
powrotnej z Rosji. Że trwała tydzień, w autobusach, pociągach i samochodach
osobowych. Że był wiec Partii
Komunistycznej na placu Lenina w Nowosybirsku, i że spotkałem blisko Nikołaja
Roericha w jego muzeum ufundowanym przez duchowych miłośników z całej Rosji. Przewodniczka, czy kuratorka, czy sekretarka muzeum napisałaby parę akapitów w tej relacji; była tak jasnym i czystym człowiekiem, czuwała nad tajemną estetyką Roericha, dzieliła się jej iskrą. Pociąg jechał znowu trzy i pół dnia tą samą
trasą, z Nowosybirska do Moskwy, między płaskimi ścianami lasu, przez rzadkie
polany i miejsca wyrębu. Do Omska z alternatywnymi studentami w vansach z kotem
na końcu języka i w tatuażach, do Jekaterynburga z dzieweczką z, lat 18, pierwszy raz sama w pociągu, kogoś odwiedza. Już
nawet nie pamiętam kogo. Przepraszam, że nie pamiętam już Twojego imienia, dzieweczko. Miała gruboskórnego kruka wytatuowanego na przedramieniu
i tak spała, oparta o szybę.
Może i chciałbym o tym wszystkim napisać. Ale dzisiaj tak wieje w Merritt, plandeki łopocą, autobus
się trzęsie, po ulicach fruwają chmury pyłu. To miejsce jest takie żywe, to
miejsce pragnie uwagi, chce żeby mówić o nim, nie o ruskim weselu nocą, gdzieś
pod Wielkimi Łukami, w trudnej drodze autostopem z Moskwy do Wilna. Na Nicola Lake wiatr stawiał dzisiaj fale,
które podążały w tę samą stronę, co łany żółtych łąk czekających na wiosnę,
otulone nimi wzgórza. Ta niesłychana masa powietrza przewalająca się przez
Merritt i całą Nicola Valley ciskała ci w twarz kamienie, kamyczki i piasek. Twoje
włosy były zamiecią, a twoje kroki niezdarną walką o równowagę. Cały świat
podążał w tę stronę, a drzewa trzaskały i łamały się w dali.
Ale naprawdę mógłbym nie wspomnieć o parze młodych Romów,
którzy przywieźli mnie na tanto wesele? Zapadał zmierzch, stałem przy zamkniętej
stacji benzynowej w jakimś nieszczerym polu, czterysta kilometrów od Moskwy i
jeszcze dwieście na Łotwę, i oni stanęli w rozklekotanej wołdze jak w jakimś
westernie, i ona miała kolorową chustę i maleńkie dziecko na rękach, a on był
przystojny i śniady. Zawieźli mnie parę kilometrów, w lepsze miejsce, mówią,
pod ten motel, w którym było wesele. Zatrzymałem się tam też z Waldemarasem
trzy miesiące wcześniej o 6 rano, jest jego zdjęcie na tle tego motelu w
notatce o podróży do Moskwy, po nocnym przekroczeniu granicy łotewskiej, do
której teraz znowu (!) starałem się dostać. Starałem się dostać do Krakowa, a
ta Cyganka była w Krakowie. Jej siostra mieszka w Krakowie. Ona mieszka w
Wielkich Łukach, ale przecież się widują. Kraków to bardzo ładne miasto. I jest
duży festiwal. Jesteśmy Cyganami tak samo, jak jesteśmy Romami. Jak się
nazywasz Cyganik, to wiesz.
Wiesz, bo teraz chciałbyś na chwilę wrócić do innej pary, do
Wesa i Angie, do kontrkulturowej osady Three Peaks w Taos, gdzie pasmo Sangre de
Cristo Gór Skalistych przybiera wieczorem kolor purpury (O beautiful for
spaciuos sky, America, America!), do kanionu Rio Grande, gdzie wylegiwałeś
się w gorących źródłach ze starym Dogmanem i jego psami, z jego długą, siwą
brodą, biżuterią i wizją. O owocach lasu, które spożywałeś pod tym monstrualnym
nieboskłonem i o tych wszystkich podróżach, które odbywali ludzie wokół ciebie.
Włóczęga to dola, taką dostałeś, to taką masz. I ciesz się, że jest, ale nie
spodziewaj się powrotu, takie przeznaczenie nie jest ci pisane. Kierunek Colorado.
A na tym weselu nie wiedziałem co robić za bardzo, do środka mnie nie zaprosili, bo to zamknięta elegancja z Wielkich Łuków, ale był taki młody, co krzyknął "hippisi żyją!" jak mnie zobaczył. Potem przynosił mi koniak ukradkiem i tak siedzieliśmy sobie na tarasie tej dość rześkiej nocy, a z ust toczyła się para i dym. Namiot rozbiłem gdzieś, było ciemno, choć niebo czyste i jasne.
Ale to wszystko jakoś tak nie po kolei, najpierw przecież była noc na dworcu Moskwa Belorusskaja i poranna kawa w Starbucksie – łaknienie bezpieczeństwa i internetu, i kofeiny naturalnie, i ciepła. Marsz na rogatki Moskwy, mgła i siąpi, nauczyciel biologii zatrzymany przez moją doniczkę i protestancki pastor, który żarliwie chciał mnie nakarmić, przenocować, umyć mi nogi. Potem to wesele, a rano ruski celnik, który podarował sobie ode mnie dwie paczki papierosów i słoneczne, zielone połacie Łotwy. Autobus miejskiej komunikacji w Wilnie i starsza pani pytająca zmiękczoną polszczyzną, co to za drzewko wiozę w doniczce. To syberyjski cedr, proszę pani, wykopałem go u podnóży Bieluchy. Tak, przejechał ze mną pięć i pół tysiąca kilometrów i teraz rośnie w Dąbrowie Górniczej. Tak, to bardzo silny cedr, proszę pani. Właściwie sosna, pinus siberica.
Ale to wszystko jakoś tak nie po kolei, najpierw przecież była noc na dworcu Moskwa Belorusskaja i poranna kawa w Starbucksie – łaknienie bezpieczeństwa i internetu, i kofeiny naturalnie, i ciepła. Marsz na rogatki Moskwy, mgła i siąpi, nauczyciel biologii zatrzymany przez moją doniczkę i protestancki pastor, który żarliwie chciał mnie nakarmić, przenocować, umyć mi nogi. Potem to wesele, a rano ruski celnik, który podarował sobie ode mnie dwie paczki papierosów i słoneczne, zielone połacie Łotwy. Autobus miejskiej komunikacji w Wilnie i starsza pani pytająca zmiękczoną polszczyzną, co to za drzewko wiozę w doniczce. To syberyjski cedr, proszę pani, wykopałem go u podnóży Bieluchy. Tak, przejechał ze mną pięć i pół tysiąca kilometrów i teraz rośnie w Dąbrowie Górniczej. Tak, to bardzo silny cedr, proszę pani. Właściwie sosna, pinus siberica.
A Warszawa Centralna o piątej rano? Człowieku, gdzie ty się
wtedy znajdujesz, dokąd ty dotarłeś. Co to za miejsce? Znasz je? Bo byłeś tu
wcześniej, prawda? Ale jakoś tak nie do końca znajomo. Złote tarasy jak wygłodniały papieros o piątej rano, to uczucie w układzie pokarmowym. Witaj w Warszawie i
żegnaj, bo pociągi do Krakowa kursują często.
I nagle, tak szybko się tu znalazłeś. Plac przed Galerią Krakowską (a jakże) w miękkim słońcu wczesnej jesieni. I Planty, nieśmiertelne Planty. I znowu tu przyjechałeś. Stoisz przed drzwiami. W tle Sting:
I nagle, tak szybko się tu znalazłeś. Plac przed Galerią Krakowską (a jakże) w miękkim słońcu wczesnej jesieni. I Planty, nieśmiertelne Planty. I znowu tu przyjechałeś. Stoisz przed drzwiami. W tle Sting:
This town, this stain on the sunrise,
Disguised
in the mist this morning,
It's 8AM,
a seagull shouts a sailor's warning.
This sky,
this bend in the river,
Slows
down and delivers me, the tide rolls back,
And all
my memories fade to black,
And yet,
and yet...I'm back.
Serio?
No już, to koniec, dziękuję, choć na pewno
jestem znowu na jakimś początku, skoro dojechałem bezpiecznie do tego
miasta i zakończyłem trzymiesięczną podróż po Rosji. Ale to było prawie pół
roku temu, pięć miesięcy z połowiny. Od tamtego czasu bardzo różne miejsca
nazywałem swoim domem i nie wróciłem nigdy do żadnego z nich. A teraz jakimś dziwacznym
splotem woli i przypadku znalazłem się w autobusie Greyhounda z lat
osiemdziesiątych i mieszkam tu już cztery tygodnie. Miesiąc! Już przesiąkłem
sokiem prawdziwych cedrów, z których budujemy dom. Wciąż, kawałka dzwoniącego
cedru od Andrieja z Tomska nie ściągam
nawet do snu, tylko na basen. I do tej sauny, co tam jest, żeby nie było mu
przykro. Bo o ile prawdziwe cedry nie ustępują syberyjskim, to jeśli ktoś poznał ruską
banię, suche pudełko w Nicola Aquatic Centre nie będzie mu miłe. Chyba że
godzinami obdziera cedry z kory i tnie je na kawałki, wtedy każda sauna jest
dla niego oczyszczająca.
I tak się wędrówka toczy. Bez przerwy, nawet przez te sześć godzin, kiedy ściągasz ostrym jak brzytwa nożem długie plastry cedrowej masy, właśnie wtedy się ta wędrówka toczy najbardziej, przez wszystkie poznane zakątki świata,
do których ciągle się wraca, przez które wciąż się przejeżdża, codziennie
właściwie. To się nie kończy nawet w trybie osiadłym. To podróżowanie. Nie da
się cofnąć ani nawet się nie da zatrzymać, ruch następujących po sobie
nieskończonych fragmentów teraźniejszości wyznacza rytm kroku. Ten ruch to
złudzenie, oczywiście, nic po sobie nie następuje, tylko wszystko sobie trwa,
ale jeśli wszystko sobie trwa, a ty sobie tak idziesz, to widzisz to trwanie sekwencyjnie,
chronologicznie, topograficznie. I tak powstaje podróż, którą chcesz opisać,
ale cały czas wracasz do tego miejsca, w którym jesteś, bo to jest
najważniejszy element podróży, to jest to, co się właśnie wydarza.
I
dlatego tak trudno mi wrócić z Rosji do Krakowa, zakończyć ten projekt,
podziękować wszystkim, którzy pomogli mi odbyć drogę. Droga się nie odbyła,
tylko się odbywa, mam nadzieję, że nikt się nie poczuł oszukany, że ten projekt się tak rozproszył i rozmył pod koniec, że nie było finału, oficjalnego
zamknięcia i podsumowania. Tyle razy myślałem o tym, jak i żeby je napisać, pewnie jeszcze
napiszę, jeszcze tam kiedyś wrócę i pojadę. Jeszcze będzie film, będzie, tylko
muszę zarobić na sprzęt, dowiodę, że Polak potrafi, w Kanadzie każdy potrafi. Teraz jestem tutaj, gdzie
indziej, daleko od kapitana Walentina Deriakowa, choć wciąż w zimne dni
zakładam wojskowe kalesony, które mi podarował, i daleko Nataszy Iwanowej z Czeczżajewki,
której szalik ciągle noszę, i daleko od Tomska, choć cedry wokół zamieniają się
w domy, a na szyi podzwania ten syberyjski.
I
będę tam wracał zawsze, i wracam tam codziennie, i również przez to nie
przestaję się poruszać, wciąż jestem gdzie indziej. Taka dola Cygana, doluś
moja, doleńko. I psy szczekają, tartaki szumią, a tabor jedzie dalej, srebrnym
Greyhoundem do kolejnego świtu. A potem dalej.
Teraz chciałbym wziąć pociąg z Niagara Falls do Albuquerque, ale to następnym razem, dziś Word poprawia pierwszą nazwę na Niagara Fallus i to nie jest odpowiedni początek tej opowieści. Jest już późno, w Krakowie wzeszło słońce, w Tomsku już po południu. A w merry Merritt, kanadyjskiej stolicy country, Orion wisi już tak nisko nad horyzontem, że należy spędzić z nim trochę czasu, zanim zniknie na całe lato. Poza tym nie można za długo siedzieć przed komputerem, to niezdrowe dla oczu. I dość już tych wymówek, ale jaki komputer, kiedy wokół jest tyle prawdziwego ruchu, trawa rośnie, owady przewracają się sennie w trocinach, Ziemia cichutko szybuje przez przestrzeń kosmiczną, wciąż jeszcze w znaku Ryb, zaraz moje urodziny. Ona też nigdy nie może się zatrzymać. Taki już nasz los.
Teraz chciałbym wziąć pociąg z Niagara Falls do Albuquerque, ale to następnym razem, dziś Word poprawia pierwszą nazwę na Niagara Fallus i to nie jest odpowiedni początek tej opowieści. Jest już późno, w Krakowie wzeszło słońce, w Tomsku już po południu. A w merry Merritt, kanadyjskiej stolicy country, Orion wisi już tak nisko nad horyzontem, że należy spędzić z nim trochę czasu, zanim zniknie na całe lato. Poza tym nie można za długo siedzieć przed komputerem, to niezdrowe dla oczu. I dość już tych wymówek, ale jaki komputer, kiedy wokół jest tyle prawdziwego ruchu, trawa rośnie, owady przewracają się sennie w trocinach, Ziemia cichutko szybuje przez przestrzeń kosmiczną, wciąż jeszcze w znaku Ryb, zaraz moje urodziny. Ona też nigdy nie może się zatrzymać. Taki już nasz los.
No to już, w drogę, strumyczku. Co tam sobie szemrzesz?
pieknie napisane, duch plynie, serce szemrze, mysl sie raduje
OdpowiedzUsuńnawet nie wiesz, jak się cieszę, że cieszy :) Dziękuję!
Usuńhttps://www.youtube.com/watch?v=LxXLW9AJDgI ;)
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam notkę dwa razy, zwłaszcza ten akapit "To się nie kończy nawet w trybie osiadłym". Mam nadzieję, że będziesz pisał nadal :)
OdpowiedzUsuńfajne zdjecia. i ogolnie fajne zycie. super.
OdpowiedzUsuń